Zbyt dobrze znamy smak rozczarowania. Zawodzi świat, zawodzi Kościół, zawodzimy sami siebie – i z czasem uczymy się tego gorzkiego smaku, jakby był normalny. Czy Chrystus potrafi się nami rozczarować? Przecież miałby ku temu wiele powodów. Mógłby pociągnąć nas do odpowiedzialności za grzech przeszłości. Wypomnieć nasze rzucone na wiatr obietnice. Uczynić niewolnikami za niespłacone długi. Znowu zaskakuje. Działa inaczej niż człowiek. Nie przychodzi, żeby rozliczać, wypominać, karać. Przychodzi przynieść pokój. Przychodzi przypomnieć o tym, że jesteśmy dziećmi Boga. Przychodzi pomimo postawionych przed Nim barier. Przechodzi przez zamknięte drzwi, staje pośrodku naszego życiowego bałaganu i mówi: „Pokój wam”.
Pozwólmy Mu wejść do środka. Niech dotknie tego, co w nas najbardziej zamknięte, zawiedzione, zniechęcone. Nie cofnie się przed naszymi słabościami – chce w nie wejść. W nich chce być sobą – Miłością, która zwycięża.




