Chrzest daje nam nowe życie w Chrystusie, wszczepia nas w Niego, ale nie pozbawia wolności. Niestety zawsze możemy powrócić do starego życia, zacząć żyć dla siebie. Mentalność starego człowieka może nieustannie w nas odżywać i dawać o sobie znać. Pan Jezus dał członkom swojego Kościoła nie tylko wodę chrztu, która zmywa ich grzechy, ale także dwoje oczu, które mogą płakać rzewnymi łzami pokuty. Starożytni chrześcijanie określali nimi sakrament pojednania, mówiąc o nim nawet jako o „siostrze chrztu” bądź „chrzcie wypracowanym”. Po każdym grzechu Trójca Przenajświętsza nieustannie zanurza nas w swoim przebaczeniu. Znak wody chrzcielnej nieprzerwanie w nas trwa. Łzy żalu i skruchy stają się „strumieniami wody żywej wypływającymi z naszego wnętrza” (por. J 7, 38), obmywając nas i przywracając do stanu łaski, jaki otrzymujemy w chrzcie.
To, co w każdym z nas czyni miłosierny Ojciec, przebaczając nam i jednocząc nas na nowo ze sobą, sprawia, że także pomiędzy nami, Jego dziećmi, odnawia się jedność, jaką tworzy Chrystusowe Ciało – Kościół. Chrystus wszystkich jedna w sobie i czyni jedność zarówno między Ojcem niebieskim a pojednanymi z Nim Jego dziećmi, jak i między braćmi przebaczającymi sobie wzajemnie. Kościół osiąga swą świętość nie przez dystansowanie się do grzeszników, lecz zasiadanie z nimi przy stole i ofiarowywanie im współczucia, aby mogli doświadczyć odkupieńczej miłości Chrystusa. W swojej tysiącletniej tradycji sprawował sakramentalne przebaczenie przez różne obrzędy i praktyki ascetyczne. Do ich celebracji służyły konkretne miejsca i przestrzenie.
Skoro mury świątyni symbolizują Chrystusa jako Bożą Budowlę wzniesioną z żywych kamieni (por. 1 P 2, 5), to my – chrześcijanie stanowimy jej główny budulec. Materialna świątynia zawsze była przestrzenią, w której członkowie Kościoła manifestowali swoją jedność i przynależność do Chrystusowego Ciała. Architektoniczne zróżnicowanie i oddzielenie poszczególnych jej części służyły do tego, aby pokazać i doświadczyć zgromadzenia liturgicznego jako społeczności świętych w jego strukturze hierarchicznej i pełnionych funkcjach. Wierni stojący w nawach, niczym na pokładzie statku, reprezentowali tych, którzy zmierzają do portu zbawienia.
Kościół jednak nie mógł zapomnieć także i o tych, którzy w tym rejsie natrafili na trudności, a nawet porzucili wspólnotę, czy zmienili kurs, jednak po czasie zapragnęli powrócić na właściwy szlak. Przeznaczenie dla nich oddzielnego miejsca w świątyni miało na celu ukazanie prawdy o ich oddzieleniu, do jakiego doprowadził ich grzech. Chrześcijanin odchodzący od Kościoła sam się wykluczał z udziału w życiu liturgicznym, sam się stawiał poza murami tego Bożego Gmachu. Trzeba było zatem wyznaczyć miejsce dla tych, którzy upadli, ale chcą się nawrócić. Przez grzech oddalili się nie tylko od Chrystusa, ale także od całej wspólnoty, a teraz potrzebują jej wsparcia i pomocy. Nawrócenie nigdy nie było jedynie sprawą indywidualną, problemem grzeszącego, ale wymagało drogi towarzyszenia, angażującej zarówno tych, którzy upadli, jak i tych, którzy trwali przy Chrystusie. Pokutujący więc stali przed wejściem do kościoła albo w jego narteksie, czyli krytym przedsionku przy wejściu do świątyni, który później przekształcił się w kruchtę. Mieli tam prosić o modlitwę wstawienniczą, aby po odpowiednim czasie pokuty móc powrócić do pełnego udziału w życiu liturgicznym wspólnoty. Widząc swoich bliskich wchodzących do wnętrza kościoła, mieli wzbudzić w sobie tęsknotę za życiem w jedności ze swoimi braćmi i siostrami.
Widzimy zatem, że człowiek w stanie grzechu nie mógł przebywać w świątyni. Miał uczynić wszystko, aby naprawić popełnione zło i powrócić na łono Kościoła.




